Mariaż nauki z rynkiem szkoleń to tylko kwestia czasu

Istniejące w Polsce dwa światy edukacyjne są tak bardzo zróżnicowane, że w wielu przypadkach wzajemnie się wykluczają. Trwa jednak (r)ewolucyjna tendencja łączenia zasobów i jednego, i drugiego. Z jej prekursorem, dr. Mateuszem Grzesiakiem, rozmawia Jakub Lisiecki

Połączenie instytucjonalnej nauki z oddolnym rynkiem szkoleń to teza, która jeszcze niedawno nie śniła się przysłowiowym filozofom. Naprawdę widzi pan perspektywę pogodzenia tych dwóch światów?

Nie tylko pogodzenia, ale wzajemnego zasymilowania i doprowadzenia do owocnej symbiozy. Dziś brzmi to jeszcze trochę jak herezja, ale tylko z pozoru i tylko do czasu. Sam jestem obecny na obu rynkach. Będąc doktorem ekonomii, poruszam się w konwencji sformalizowanej nauki. Jednocześnie, prowadząc przedsiębiorstwo szkoleniowe, funkcjonuję na rynku, w obszarze pozaformalnym. Właśnie dlatego widzę, że oba te światy należy połączyć – i to się wydarzy.

Proszę zatem opowiedzieć o tej „herezji”.

Zacznę od zdefiniowania trzech rodzajów uczenia się. Pierwszy to samokształcenie, czyli zdobywanie wiedzy we własnym zakresie. Wiąże się z determinacją, żelazną dyscypliną, wewnętrzną konsekwencją; każdy z nas teoretycznie mógłby to robić, ale większość nie potrafi. Plusy: jest to bezsprzecznie najtańsza forma zdobywania wiedzy, bo samemu dobiera się materiały i nie trzeba płacić nauczycielom. Minusy: nie wyjdzie się poza to, co się umie lub samodzielnie pozna, a wówczas trzeba udać się po wiedzę do innych instytucji. I tu dochodzimy do podziału na: a) tryb formalny w postaci kształcenia podstawowego, ponadpodstawowego i wyższego, oraz b) obszar pozaformalny, czyli rynek szkoleń.

Pozaformalny rynek szkoleń działa, ponieważ rynek formalny nie robi wszystkiego, co powinien. Obserwuję następującą zależność: ogromna ilość szkoleń nie byłaby potrzebna, gdyby w polskich szkołach i na uniwersytetach uczono tych umiejętności, które oferowane są na szkoleniach. A ponieważ rynek, jak natura, nie znosi próżni, lecz dąży do homeostazy – wyrównywania braków – to jeden nie funkcjonuje bez drugiego. Braki rynku formalnego są więc uzupełniane przez rynek pozaformalny.

Przyjrzyjmy się w takim razie plusom rynku formalnego.

Jest kilka fundamentalnych. Po pierwsze: rynek formalny jest reglamentowany. Funkcjonują na nim programy mające oparcie w nauce, co oznacza, że po ich ukończeniu – szkoły podstawowej, ponadpodstawowej, studiów, doktoratu itd. – otrzymuje się określony tytuł. Tytuł stanowi pewien benchmark rynkowy, zaświadczający o danym poziomie wiedzy i kompetencji. To dzięki niemu pracodawca może stwierdzić na pierwszy rzut oka, czy dany kandydat do pracy jest  (przynajmniej teoretycznie) przygotowany pod kątem umiejętności i kompetencji.

Dalej: rynek formalny jest scentralizowany. Programy nauczania są scalone i relatywnie podobne, czy to w różnych obszarach geograficznych, czy to tematycznych. Gdy przykładowo jeden student kończy prawo w Krakowie, a drugi w Gdańsku, to możemy założyć, że wiedza obydwóch będzie porównywalna. A zatem obok centralizacji tego systemu mamy modele duplikowalne, powtarzalne, skalowalne i których prawdziwości można dowieść. To są plusy.

Wymieńmy zatem plusu rynku szkoleniowego – tego nieformalnego, którego wartość w Polsce już 10 lat temu wynosiła 2,5 mld zł, a dziś prawdopodobnie jest dwukrotnie większa. Skąd tak ogromny popyt?

Ponieważ rynek ten niweluje wady rynku formalnego. Weźmy pierwszy z brzegu paradoksalny przykład: przedsiębiorca chce zatrudnić sprzedawcę. Nie może zatrudnić magistra sprzedaży, bo taki tytuł nie istnieje, mimo że badania mówią, iż sprzedaż jest piątą najbardziej pożądaną umiejętnością pracownika poszukiwaną przez pracodawców na świecie. Mamy więc do czynienia z potężną luką na oficjalnym, reglamentowanym rynku! Istnieją zatem kompetencje, których biznes coraz mocniej potrzebuje, a które nie są dostarczane przez szkolnictwo. To stąd bierze się tak dynamiczny rozwój branży szkoleniowej. Przykład inny: szkolenia menedżerskie. Gdy ktoś chce kształcić się w tym kierunku, to większość praktycznej, aktualnej wiedzy nabędzie na rynku szkoleniowym. Jest jeszcze inny bardzo ważny powód, dlaczego on tak rośnie. Otóż musimy sobie zdać sprawę, że sposób kształcenia formalnego jest oparty bardziej o teorię niż praktykę, a także – a już szczególnie w Polsce – że jego struktura ma charakter feudalny. Nie tego poszukuje dzisiejszy człowiek dążący do zdobywania kompetencji!

Teoretyzm i feudalizm?

Oczywiście. Pora na minusy. W naszym kraju dominuje teoria. Polak uczy się mnóstwa informacji zupełnie nieprzydatnych w praktyce. Przykładowo: przedsiębiorcy kompletnie nie interesuje, jakiego rodzaju wiedzę na temat teorii zarządzania – klasycznej czy innej – posiada jego menedżer, bo jeżeli potrafi on planować, organizować, weryfikować, przewodzić, motywować i dzięki temu osiągać wyniki, to to przedsiębiorcy w zupełności wystarczy. Tak samo: gdy ktoś jest ekonomistą mającym osiągać rezultaty dla swojego pracodawcy, to na nic mu się zda znajomość historii ekonomii. Czyli – powiem z celowym przerysowaniem: ludzie uczą się w szkole czy na studiach o przysłowiowym pantofelku. A ilu z nich zostanie w przyszłości specjalistami z dziedziny pantofelków? Czy to im się przyda? Oczywiście każda wiedza poszerza rozwój intelektualny – podnosi poziom erudycji i inteligencji; ale w Polsce uczy się rzeczy mało użytecznych w kwestii wymagań, jakie stawia dynamiczny, współczesny rynek, a pamiętajmy: tylko ten rynek jest gotowy płacić pieniądze.

Druga kwestia: feudalizm. Szkolnictwo w Polsce ma charakter bardzo klasowy. Osoby umiejscowione „na górze” (profesorowie lub inni ludzie, którym powierzono wpływy) decydują o tym, jakiego rodzaju polityka czy kultura panuje w danym środowisku uniwersyteckim. Ponieważ system feudalny zakłada określony dystans pomiędzy „tymi wyżej” a „tymi niżej”, narzuca sposób zachowywania się, a wręcz preferuje pewne gry komunikacyjne, to w tym modelu brakuje partnerstwa. Ono z kolei świetnie się ma na rynku szkoleniowym, począwszy od faktu, że wykładowca może od razu przejść ze słuchaczami na poziom per „ty”, co jest zupełnie niewyobrażalne na polskich uczelniach. Odsyłam tu przy okazji do znakomitej lektury o wymiarach Hofstede, powinien je znać każdy nowoczesny Polak. Jeden z tych wymiarów to tzw. power distance index – polskie uczelnie są modelowym, niezbyt chlubnym przykładem takiego właśnie dystansu władzy.

Przykładów jest więcej, podam kolejny: na ile studentowi pozwala się na twórczość, a na ile musi on być odtwórczy, czyli powtarzać określone „prawa”, choć praktyka je kwestionuje? A jeszcze dorzućmy do tego kotła przeszkód czynnik, który nazywam „grą o punkty”. Wygląda to tak: naukowiec pisze artykuł powiązany z myślą przewodnią dominującą w danej katedrze, ale prawie całkowicie mijający się ze światem praktycznym. Naukowiec ten w dużej mierze zajmuje się zatem rzeczami odtwórczymi; ewentualnie zmienia stylistykę, używa innego słownictwa do opisania starych zjawisk – ale nie kreuje wartości rynkowej! Po to, żeby na koniec dnia wyprodukować artykuł, na którego publikację musi czekać np. dwa lata, jeżeli była to „lista A”. Co więcej, tego artykułu niemal nikt poza jego kolegami po fachu nie przeczyta, ale za to autor zdobywa punkty do swojego dorobku, za które on sam niekoniecznie zarabia większe pieniądze, ale zarabia na tym jego uczelnia! Czy to nie paradoks?

Olbrzymi. Zresztą tu dotykamy kolejnego problemu szkolnictwa formalnego: polscy naukowcy zarabiają relatywnie mało.

W rzeczy samej, sto czy dwieście złotych za godzinę to kwota mizerna. Stawki rynku szkoleniowego zaczynają się tam, gdzie kończą się stawki profesorskie; u najlepszych konsultantów mogą dochodzić do kilku tysięcy złotych za godzinę. Widzimy zatem wyraźną dysproporcję pomiędzy tym, ile energii i wysiłków włożył profesor w rozwój siebie i swojej wiedzy, a jak mało zarabia; versus sytuacja szkoleniowca…

… u którego nieraz proporcja jest dokładnie odwrotna…

… i tu dochodzimy do minusów rynku szkoleniowego. Po pierwsze: nie jest on reglamentowany. Dosłownie każdy może dziś ogłosić się nauczycielem, trenerem czy coachem. W efekcie rynek przyciąga jednostki bez dobrego przygotowania, ani praktycznego, ani merytorycznego, które po prostu mogą się kimś ogłosić i korzystając choćby z social mediów zdobywać kolejne zlecenia. Niekoniecznie robią dobrą robotę, nieraz wprost psują rynek. Paradoksalnie, część z nich wręcz wykorzystuje ten trend, aby uciec od swojego dotychczasowego trybu życia, na zasadzie: nie wiem, co mam ze sobą zrobić, więc postanowiłem zostać „doradcą”. A zatem: mamy olbrzymi, ale za to nieuregulowany rynek, na którym nie jest możliwe zdobycie wartościowego tytułu czy dyplomu.

Podsumujmy. Polski student lub przedsiębiorca ma następujący wybór: albo zapłacę dużo pieniędzy i zdobędę szybko dobre kompetencje na rynku szkoleniowym, ale za to nie dostanę na nie dobrego „papierka”, albo idę na studia, które wprawdzie dadzą mi „papierek”, ale które w Polsce i tak zostały już bardzo spauperyzowane i są pełne wad.

Tak przy okazji, podam garść statystyk: stopień magistra ma już 21% polskiego społeczeństwa, a wśród pokolenia tzw. millenialsów jeszcze więcej. Co ciekawe, w Niemczech studia ukończyło 11% obywateli, w Wielkiej Brytanii – również. Mamy więc fascynujące zjawisko: Polacy stają się tytularnie najbardziej wykształconą nacją świata. Masowo kończą studia w nadziei, że dadzą im one pewność zatrudnienia i łatwą przepustkę do kariery. Jakiż zawód muszą przechodzić po ich ukończeniu! A potem niektórzy jadą na pracować poniżej swego wykształcenia za granicę… Ale wracajmy do naszego studenta czy przedsiębiorcy. Rzeczywiście, mówi: albo płacę ciężkie pieniądze za skuteczne, ale bezdyplomowe szkolenie, albo inwestuję długi czas, żeby zyskać dyplom, który ma wartość niższą niż kiedyś, i który nie zapewnia mi zdobycia kompetencji faktycznie poszukiwanych na rynku. Czyli: nie wydam majątku, ale będę musiał uczyć się przedmiotów nie mających przełożenia praktycznego, od wykładowców poruszających się po materii, której sami nigdy nie doświadczyli. A więc: i tak pozostaję między młotem a kowadłem. Czyli pojawia się olbrzymia dychtomia.

I w tym momencie wchodzi pan.

Jako doktor, naukowiec, a jednocześnie przedsiębiorca z wieloletnim doświadczeniem, wchodzę i z pełnym przekonaniem mówię: oba rynki, szkoleniowy i uniwersytecki, powinny wreszcie zacząć ze sobą współgrać. Te dwa światy muszą zostać połączone.

Jak to się stanie?

Pierwsze pomyślne próby już są – powstały studia MBA, gdzie kładzie się ogromny nacisk na praktykę i do tego mamy reglamentację uniwersytecką. Niestety ceny programów MBA są dla przeciętnego zjadacza chleba zbyt wygórowane, nie wspominając już o kryteriach wejścia, żeby dostać się na te lepsze placówki naukowe. W związku z tym musi zostać stworzona możliwość zdobywania certyfikatów innych niż dyplomy studiów wyższych, które także byłyby reglamentowane. Tak jest w modelu amerykańskim: uniwersytet staje się przedsiębiorstwem, które rozumie potrzeby rynkowe i na nie odpowiada, a nie jest zamkniętym, działającym dla samego siebie światem z mocno ograniczoną penetracją rynkową. W związku z tym uczelnie powinny nakłaniać przedsiębiorców do podejmowania studiów, przede wszystkim II i III stopnia, i zarazem oferować im możliwość modelowania ich umiejętności: czy to zarządzania, czy sprzedaży, czy marketingu. Wszystkie te rzeczy są przecież dobrze znane światu nauki, choć głównie w teorii.

Na czym konkretnie miałoby polegać łączenie dwóch rynków edukacyjnych?

Powinny się coraz bardziej przenikać. Widzę to tak: gdy dojdzie do centralizacji materiału edukacyjnego z rynku szkoleń i jego uznania przez świat nauki, to ci trenerzy, którzy będą mieli wymagane wykształcenie, powinni być wspierani przez uczelnię jako specjaliści uczący praktyki, ale metodami naukowymi. Dzięki temu rynek szkoleniowy zyska wiarygodność – bo otrzyma reglamentację – a jednocześnie pozostanie rynkiem oferującym szybki dostęp do krótkich szkoleń dających bardzo praktyczne umiejętności.

Zresztą rozwój ten powinien iść także w drugim kierunku: kadra pedagogów powinna zacząć inwestować w staże w biznesie i firmach, żeby była w stanie poznawać od kuchni problemy, które ma przedsiębiorca. Istnieje w Polsce takie odium: biznesmen, często obrażony na uniwersytet lub nim rozczarowany, zarzuca: „to są teoretycy, a nie praktycy”.

Czy słusznie?

Niekoniecznie. Te modele, które znam jako doktor zarządzania, mają niebywałe przełożenie na rzeczywistość. Nie można powiedzieć, że nauka nie jest praktyczna, ponieważ istnieje szereg zabiegów czy aktywności, które w biznesie sprawdzają się non stop, plus bazuje ona na per se praktycznych badaniach. Chodzi np. o kształtowanie modeli popytu czy pozycjonowania ceny. To są kwestie naukowe, które przecież z powodzeniem można stosować w biznesie.

Skoro już teraz świat nauki przenika się z biznesem, to skąd ta ciągła polska dychotomia?

Sądzę, że prawdziwym problemem jest nie tyle brak wiedzy, ile sposób jej podania. Wynika on z faktu, że akademicy, zamiast korzystać z case’ów, czyli konkretnych, aktualnych przykładów, odwołują się do teorii, które a) są bardzo stare, b) są niepolskie. Wiele podręczników do ekonomii pochodzi z USA, a przedsiębiorca – uwaga – nie ma możliwości przełożenia takich przykładów na swój własny świat. Bo wykładowca nie przedstawił im konkretnych przykładów z naszego rodzimego gruntu.

Gdyby zatem wykładowcy zaczęli korzystać ze stażów w firmach, gdyby zaczęli uczyć się praktyki, co – znów – wymagałoby rekonstrukcji systemu feudalnego, modelu króla, który musi zejść z tronu, usiąść i patrzeć, jak rozmawia się z klientem przez telefon – to wówczas uzyskalibyśmy potężną migrację talentów i zasobów pomiędzy szkołami a firmami! I gdy pewnego dnia takie coś będzie miało miejsce, to zacznie nam się upraktyczniać model tzw. bizuki, o której wspominał swego czasu prof. Krzysztof Rybiński; gdzie biznes i nauka są ze sobą połączone; gdzie szkolnictwo perfekcyjnie dostosowuje się do wymogów rynku.

A rynek przychylniej patrzy na szkolnictwo.

A ja – uwielbiając tę teorię – chcę ją jeszcze rozszerzyć: uważam, że biznes jest odpowiedzialny (tu wchodzi do gry kwestia CSR) za to, żeby zarządzać sobą poprzez pryzmat naukowy, sprawdzony, działający, a nie w sposób przypadkowy, intuicyjny czy też rodzinny. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że zarządzanie biznesem w Polsce w większości także ma charakter feudalny, że struktura firm – w większości rodzinnych – przypomina klany, a do tego jeszcze dodamy problemy z sukcesją, to otrzymujemy wizerunek incydentalnego prowadzenia przedsiębiorstwa przy braku podstaw świadomości modeli, co w tak dynamicznie rozwijającym się kraju jak Polska w ogóle nie powinno mieć miejsca! Doprowadza to do braku konkurencyjności naszych firm, które mając relatywnie tani pieniądz w porównaniu do euro, mając wykształconych, zdolnych ludzi, a do tego będących członkami społeczeństwa na dorobku, powinny być europejskim hegemonem w produkcji w różnych branżach! A to nie działa. Dam przykład przeliczalny: średnia eksportu w Polsce to tylko 1/3 średniego poziomu eksportu Unii Europejskiej.

Dlaczego tak jest, skoro mamy i tani pieniądz, i elastyczną siłę roboczą?

Elastyczną, a na dodatek bardzo pracowitą, bo statystyczny Polak pracuje ponad 1900 godzin rocznie, a np. Niemiec – 1400. Odpowiadam: przyczyną jest element kulturowy i kompetencyjny. Ludzie w Polsce nie mają gdzie uczyć się biznesu. Albo z powodów, które wcześniej wymieniłem, czyli na studiach I i II stopnia nie uzyskają umiejętności, jakie im są faktycznie potrzebne, albo nie stać ich na programy MBA, dodatkowo obostrzone jeszcze innymi kryteriami wejścia. A więc znów: mamy do czynienia z zamkniętym, diabelskim kręgiem, gdzie polski biznes, nie widząc szans w rynku formalnym, musi iść po kompetencje do rynku szkoleniowego.

Czyli już wiemy, dlaczego to wszystko musi się zmienić. A w jakim kierunku pójdzie?

Póki co rynek szkoleniowy wypełnia luki, ale wierzę, że za jakiś czas, gdy zostanie połączony z rynkiem akademickim, będzie również formalny, tylko skupi się na innego rodzaju potrzebach. Będzie uczył umiejętności bardzo szczegółowych, specyficznych dla konkretnych branż; będzie dostarczał rozwiązań w zdecydowanie krótszy, szybszy sposób; nie mam także wątpliwości, patrząc, jak dynamicznie rozwija się e-learning, że tradycyjne metody wykładania odejdą do lamusa, a wtedy tych wszystkich wykładowców, którzy nie potrafią pracować z internetem czy dobrze występować przed kamerą, czeka rynkowe wykluczenie. Więc oni nie tyle powinni, ile muszą poznać nowe kompetencje. Ale żeby to zrobić, nie można siedzieć zabunkrowanym w katedrze; trzeba „zejść” do ludzi, wejść w biznes i zacząć się go – na nowo – uczyć.

A co wtedy powinien zrobić biznes?

Wrócić do szkoły! I permanentnie się uczyć, na zasadzie life-long-learning. Chciałbym, żeby coraz więcej przedsiębiorców wracało do świata akademickiego na doktorat. Może i do mnie, gdy w przyszłości sięgnę po habilitację; w chwili obecnej prowadzę seminaria magisterskie i kieruję się bardzo praktycznymi wymaganiami w stosunku do moich studentów.

Chcę powiedzieć coś jeszcze: do skutecznego łączenia praktyki z teorią można znaleźć wykładowców, którzy albo prowadzą swoje firmy, albo jako konsultanci działali kiedyś w firmach, dzięki czemu potrafią mówić językiem biznesmena. Nie używajmy wobec nich określenia „teoretycy”, gdyż to właśnie oni dysponują bezcenną wiedzą, jakim językiem dostarczać know-how. Takich ludzi nie ma wielu, ale istnieją – w Polsce jest 8% doktorów, którzy zajmują się biznesem.

Wspomniał pan o potencjale e-learningu.

Tu mamy do czynienia z coraz szybciej galopującą digitalizacją edukacji, i to na masową skalę. Na świecie są już dostępne programy studiów, i to nawet doktorskich, które kończą się zdobyciem tytułu, a które są w całości prowadzone online; to z kolei wymaga od ludzi umiejętności w trzecim nurcie, o którym wspomniałem na początku, czyli samokształcenia. Aby zdobyć tę umiejętność, trzeba sięgnąć jeszcze dalej: nauczyć ludzi, co to znaczy samodzielnie się kształcić; żeby wyszli z typowo polskiego oczekiwania, że nauczyciel jest odpowiedzialny za ich naukę. Nie, nie jest. Za naszą naukę jesteśmy odpowiedzialni przede wszystkim my sami.

A co w takim razie zrobić z tymi porażającymi dla przysłowiowego Kowalskiego kosztami MBA?

Uważam, że programy studiów podyplomowych i MBA, które byłyby tańsze i bardziej dostępne dla zwykłego zjadacza chleba, powinny powstawać odgórnie. Edukacja nie może być, jak w średniowieczu, zarezerwowana wyłącznie dla najbogatszych, gdyż wówczas będą rosły dysproporcje pomiędzy intelektualistami a szeroko pojętym „ludem”. Edukacja powinna dawać możliwości studiowania i pracowania jednocześnie, po to, by rozwiązać problem finansowania. Wyobrażam sobie, że w chwili, gdy ktoś przystąpi do programu MBA, to szkoła wraz z firmą będą w stanie dostarczyć rozwiązań w postaci zatrudnienia go, żeby mógł łączyć przyjemne z pożytecznym. Wówczas otwiera się przed nami świat dobrej nauki, otwierający podwoje przed ludźmi, których do tej pory nie było na nią stać. To zresztą jedna z moich misji – wyciągać na światło dzienne te arkana wiedzy, które dotąd dostępne były wyłącznie dla elit; dawać je szerokiemu odbiorcy. Mogę to robić choćby poprzez efekt skalowania: kurs e-learningowy może być bardzo atrakcyjny cenowo, gdyż jego wyprodukowanie kosztuje kwotę x, niezależnie, czy kupi go jeden klient, czy tysiąc. Bardzo postuluję także wymiany międzynarodowe, ale głównie po to, by ludzie mogli czerpać zasoby z różnych kultur, a także odbywać staże; żeby zarówno studenci odbywali staże w firmach, ale i żeby biznesmeni przychodzili na uczelnie; nie odkryję Ameryki mówiąc, że najlepiej jest się uczyć, ucząc kogoś. Jeśli ktoś i tak jest mentorem, to czemu nie miałby być nauczycielem, stosując specjalnie w tym celu sformalizowane ramy, gdzie nie ma przypadkowego charakteru, ale istnieją faktyczne, konkretne i poszukiwane rozwiązania?

Brzmi świetnie. Gdzie nasz czytelnik ma pana szukać?

Gorąco zapraszam do Warszawy, zarówno na swoje kursy i szeroko pojęte szkolenia, jak i na zajęcia prowadzone na uczelni na Śląsku. Zapraszam i przedsiębiorców zainteresowanych rozwojem swojej naukowej części życia, i naukowców chcących eksplorować biznes. Wszystkich zachęcam także do wizyty na stronie www.mateuszgrzesiak.com, gdzie znajduje się multum informacji na temat aktywności mojej firmy, w której – co ważne – wszyscy konsultanci są bardzo pragmatycznie nastawionymi do życia naukowcami. ■

Dr Mateusz Grzesiak jest psychologiem, trenerem rozwoju osobistego, konsultantem i wykładowcą akademickim. Napisał 15 książek z zakresu zarządzania, marketingu, psychologii sukcesu, zmiany i relacji, inteligencji emocjonalnej. Jest autorem Mixed Mental Arts – innowacyjnego, zintegrowanego modelu umiejętności miękkich. W znaczący sposób przyczynił się do powstania i spopularyzowania rynku rozwoju osobistego w Polsce. Od lat podejmuje aktywne działania w kierunku wprowadzenia edukacji miękkiej do szkół. Prowadzi autorskie szkolenia w kraju i za granicą – po hiszpańsku w Ekwadorze, Meksyku i Kolumbii, po portugalsku w Brazylii, po niemiecku w Niemczech, po angielsku w Anglii, Irlandii, Szwajcarii, Słowenii i Izraelu, po rosyjsku na Ukrainie.

Od 2017 roku jest adiunktem Katedry Zarządzania oraz członkiem Senatu Wyższej Szkoły Biznesu w Dąbrowie Górniczej. W 2017 roku zdobył nagrodę Symbolu Polskiego Mentoringu. Od 2018 roku zasiada w kapitule konkursowej programu.